Tag: pomysł na weekend

Kajakiem przez Wdę

Spływ kajakowy Wdą

 

Wda (lewobrzeżny dopływ Wisły, przepływający przez Bory Tucholskie) zwana jest Czarną Wodą. Nazwa ta według Wikipedii wzięła się “od barwy wód rzeki: ciemnych, a czasami wręcz czarnych”. Dla nas Wda nie była wcale czarna. Pokryte gęstym listowiem drzewa, odbijające się w toni rzeki i bogata roślinność wodna, sprawiająca wrażenie wiosłowania przez długowłosy dywan, powodowały, że Czarna Woda mieniła się różnymi odcieniami zieleni. Ta relaksująca barwa, zmienny nurt Wdy (od wartkości górskiego potoku po ospałość rzeki), liczne zakola, zalesione brzegi, powalone lub przechylone drzewa (pod którymi można przepłynąć) oraz towarzystwo dzikiej przyrody (może nie zawsze dzikiej – kaczki chętnie podpływają do kajakarzy z nadzieją na poczęstunek) zapewniły niezapomniane przeżycia.

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Wda jest jednym z najbardziej malowniczych szlaków kajakowych o długości ok. 195 km, ale żeby poznać jej urokliwe zakątki nie trzeba płynąć aż tyle. Nawet kilkunastokilometrowy szlak (np. Stara Rzeka – Tleń) to idealny pomysł na sierpniowy aktywny weekend w towarzystwie szumu drzew i śpiewu ptaków. Polecamy.

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Spływ kajakowy Wdą

 

W drodze można spotkać kaczki, łabędzie, perkozy …

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Spływ kajakowy Wdą

 

… przepiękne turkusowo-granatowe ważki.

 

Spływ kajakowy Wdą

 

Kwiat paproci

Kwiat paproci

 

W dniu, w którym odchodzi wiosna i nastaje lato, w najkrótszą noc w roku, zakwita magiczny kwiat… Kwiat paproci… Podobno tylko wybrańcy mogą go zobaczyć…

 

Kwiat paproci

 

Hey Joe 2016 (…7356…)

Hey Joe 2016

 

Na wrocławskim rynku znowu zabrzmiało kilka tysięcy gitar. 7356 gitarzystów uderzyło w struny, ustanawiając nowy Gitarowy Rekord Guinnessa.

Wśród gitarzystów dostrzegliśmy (zdjęcie poniżej) Patryka Siewierę, zwycięzcę VII Ogólnopolskich Konfrontacji Gitarowych w Płocku. Jest znakomity !

 

Hey Joe 2016

 

Hey Joe 2016

 

Hey Joe 2016

 

Mama Manousch

Mama Manousch

 

Choć lubimy gotować, wolimy, gdy ktoś gotuje dla nas. Chętnie skorzystaliśmy więc z oferty tegorocznego Restaurant Week (Festiwalu Najlepszych Restauracji) i wybraliśmy się do wrocławskiej restauracji  położonej przy ul. Świdnickiej 4, czyli do Mama Manousch, uznając, że nazwa to nie tylko ciekawa gra słów, ale również obietnica intrygującego miejsca i smaku…

Nie rozczarowaliśmy się. Restauracja zachęca nowoczesnym wystrojem z nutą vintage. Poza tym jest jasna i przestronna.

Atmosferę buduje również miła obsługa, no i oczywiście  kuchnia Damiana Bildzia. Wyrafinowana, indywidualna, nowoczesna i kolorowa.

W Mama Manousch można zjeść i pożywne śniadanie (nastrajające do pracy) i pyszny obiad. My w ramach Restaurant Week poszliśmy na trzydaniowy obiad.

Na przystawkę otrzymaliśmy verrine z buraków ze śmietaną, kozim serem i flatbread o niebanalnym, trudnym do zdefiniowania smaku. Był inny niż to, co do tej pory próbowaliśmy, ale Małej Lii smakowało. To powinno wystarczyć za rekomendację! Jak i to, że nie zrobiliśmy żadnego zdjęcia przystawki. Byliśmy tak głodni, że nawet nie pomyśleliśmy o fotografowaniu.

Daniem głównym była perliczka z pomarańczą, musem z marchwi, pieczonym burakiem, żelem wiśniowym i botwiną. To danie nas zachwyciło. Idealnie zbalansowane smaki.

 

Mama Manousch - perliczka

 

Na deser zaserwowano elegancką wariację tarty tatin, którym oczywiście Mama Manousch kupiła Małą Lię.

 

Mama Manousch - tarta tatin

 

Na Facebooku właściciel opisuje swoją restaurację następującymi słowami:

Od sennych poranków aż po tętniące życiem nocne godziny ugościmy Was we wnętrzach skrytych za wielkimi witrynami, dzięki którym rytm miasta będzie na wyciągnięcie ręki.

Nam nie pozostaje nic innego jak tylko również zaprosić Was do Mama Manousch. Nie zawiedziecie się.

 

Mama Manousch

 

Ostatnie słowo zawsze należy do niej…

 Film Everest

 

Wszyscy pamiętamy tragedię zimowego wejścia Polaków na Broad Peak z dnia 3 marca 2013 r., ale Broad Peak to nie jedyny szczyt, z którym związana jest śmierć. Próbując zdobyć Kilimandżaro ginie 8-9 osób rocznie. Sam Mont Blanc co roku zabiera kilkadziesiąt wspinaczy (od 30 do 70 osób w roku). Ta ponura statystyka dotyczy również Mount Everest. Od 1924 r. do sierpnia 2015 r. góra pochłonęła 282 ofiary, w tym 2015 r. – 19… Ale liczba himalaistów wcale nie maleje…

Zastanawialiśmy się, co ich napędza, co nimi kieruje, że ryzykując życie, próbują zdobyć wymarzony szczyt…

 

Kadr z filmu Everest

 

Myśleliśmy, że odpowiedzi udzielą nam Jon Krakauer i Beck Weathers, ocaleni uczestnicy  jednej z największych tragedii w historii Everestu z maja 1996 r. i autorzy dwóch książek opisujących ich zmagania z Dachem Świata (odpowiednio “Wszystko za Everest” i “Everest. Na pewną śmierć”) oraz zrealizowana na kanwie historii Weathersa produkcja “Everest”, ale… nie znaleźliśmy jednej właściwej odpowiedzi…

… bo chyba takiej nie ma…

Każdego napędza inny spiritus movens… Dla jednego może to być ucieczka od czarnych chmur depresji, dla drugiego chęć sprawdzenia się i zmierzenia się z samym sobą oraz naturą, dla innych to rodzaj sportu, droga do zdobycia sławy czy pieniędzy lub też próba spełnienia marzenia, pokazania innym, że jeśli tylko czegoś się chce, można to osiągnąć… Są też tacy, którzy próbują zdobyć szczyt – cytując George’a Mallory’ego – “bo istnieje”…

Obie opowieści i film są warte uwagi. Relacjonują tę samą historię, ale czynią to w inny sposób, bez patosu i budowania pomników. Zarówno Krakauer, jak i Weathers, czy też reżyser Baltasar Kormákur, pokazują po prostu prawdziwych ludzi, którzy w maju 1996 roku podjęli nie tylko atak na szczyt Everestu, ale i walkę z surowością natury i ze swoimi słabościami, tymi psychicznymi i fizycznymi. Walkę, którą niestety nie wszyscy wygrali… Bo bez względu na siłę i umiejętności… i tak ostatnie słowo zawsze należy do niej. Do góry…

 

Kadr z filmu Everest

 

Przygotowania do Everestu (Tatry – Nosal)

Nosal - formacja skalna

Mała Lia zdobyła 1/8 Everestu, czyli Nosal (wysokość 1206 m n.p.m.)
Podejście na Nosal jest dość łatwe i krótkie, ale daje dużo satysfakcji. Ze skalistego wierzchołka roztaczają się bowiem niesamowite widoki.

 

Widok z Nosala

 

Widok-na-Kalatówki-Kuźnice-kolejkę-na-Kasprowy-Wierch-thelksinoe

 

Szlak (rozpoczynający się przy strumieniu Bystra) początkowo biegnie wśród drzew, wzdłuż tego strumienia. Trudności są jedynie na początku, później trasa jest dużo łatwiejsza, ukazując przepiękne widoki na Polanę Kuźnicką, Giewont i Kalatówki. Na skalisty szczyt dociera się (uwzględniając krótkie przerwy na odpoczynek) po niespełna godzinie.

 

Nosal skały

 

Skały Nosala

 

Z Nosala można pójść do Doliny Olczyskiej (potem na Polanę Kopieniec) lub na Halę Gąsienicową. Można też zejść do Kuźnic i zakończyć wspinanie.

Widok na Giewont

Widok-na-Krzyżne-Żółtą-Turnię-Granaty-thelksinoe

Skupniów Upłaz

Zejście na Halę Gąsienicową

Szlak na Halę Gąsienicową może nie jest bardzo trudny, ale długi i przez to chwilami wyczerpujący. Musimy przejść Boczań, Skupniów Upłaz i Przełęcz między Kopami. Cały wysiłek rekompensuje jednak piękno i majestat szczytów oraz pyszne jedzenie, czekające na strudzonego taternika w schronisku Murowaniec położonego na wysokości 1500 m n.p.m., a także – jak w przypadku Małej Lii – pieczątka, dokumentująca wspinaczkę.

Hala Gąsienicowa

Hala Gąsienicowa i Kościelec

Hala Gąsienicowa

Kościelec i Mały Kościelec

Pędzące żółwie

Pędzące żółwie
 

Pędzą, pędzą żółwie,
stary i smarkaty,
w żółwim tempie pędzą…
pędzą do sałaty.

Znacie tę piosenkę. Nie?! Nic dziwnego, właśnie ją wymyśliłem, a dlaczego? Odpowiedź jest prosta…

Lubimy żółwie. I te wojownicze, co wschodnie sztuki walki znają lepiej od Bruce’a Lee i Jackie Chana, i te, które – jak żółwik Sammy – przemierzają głębiny oceanów. Ale choć podziwiamy wyczyny Leonardo i jego braci, choć lubimy Sammy’ego i jego przyjaciół, w naszym domu rządzi pięć innych żółwi. Kolorowych, pędzących żółwi. Nasze żółwie uwielbiają wyścigi… oczywiście jeśli tylko cel jest wart takiego wysiłku… A co może lepiej zmotywować żółwie do sprintu niż grządka sałaty…

Pędzące żółwie brzmi jak oksymoron, ale istnieją naprawdę. To wspaniała gra logiczna, z dość znacznym elementem losowym, która spodoba się zarówno dorosłym (my ją uwielbiamy), jak i dzieciom (Mała Lia też ją kocha).

Trudno zresztą jej nie polubić, skoro ma właściwie same zalety… Po pierwsze, jest porządnie wydana. Kolorowe karty, zabawne drewniane figurki żółwi intrygują i bawią. Po drugie, jest prosta… Po trzecie, wywołuje przyjazną interakcję graczy. Po czwarte, gra się w nią szybko. To idealna rozrywka na sobotni wieczór.

Zasady gry są proste – żółwie biorą udział w wyścigu do sałaty. Każdy z graczy na początku gry losuje jednego żółwia, którego próbuje – oczywiście jako pierwszego – doprowadzić do celu. Starać się przy tym trzeba, żeby pozostali gracze nie odkryli za wcześnie, za którym stoimy żółwiem, nie chcemy przecież, żeby odebrali nam laur (przepraszam)… sałatę zwycięstwa. W swojej turze gracz zagrywa wybraną kartę i porusza zwierzątkiem w kolorze wskazywanym przez kartę. Żeby utrzymać w tajemnicy kolor swojego żółwia oraz żeby wygrać, w zależności od zagranej karty, raz porusza się swoim żółwiem, raz obcym… Pamiętajmy jednak, że choć żółwie są wolne i leniwe, sprytu im nie brakuje. Po co się męczyć, po co trudzić swoje małe łapki, kiedy na grzbiecie może cię przenieść twój rywal…

 

Pędzące żółwie

 

Beskidzki barok

Beskid - widok ze Skrzycznego

Ostatni weekend sierpnia to ostatnia szansa, żeby tuż przed rozpoczynającym się wrześniem uciec od zgiełku wielkiego miasta. Idealnie do tego nadają się Beskidy, o których Gustaw Morcinek powiedział kiedyś:

Tatry to gotyk, Beskidy zaś – barok. Ów barok widzimy nie tylko w kształcie Beskidów, lecz spotkać go można na całej tej ziemi. Skądkolwiek na nią spojrzeć, płynie w miękkich – falistych – łagodnych liniach, i płynie, zdawałoby się na skraj świata.

Beskidy to grupa pasm górskich, do których należy m.in. Beskid Śląski, oferujący liczne szlaki piesze i rowerowe, piękne widoki i wspaniałą przygodę. Warto tu przyjechać, aby podziwiać górskie krajobrazy, zdobyć Czantorię, Klimczoka…

 

Panorama Beskidów

Widok z drogi na Klimczoka

 

…i Skrzyczne – górujący nad okolicą szczyt, łatwy do zidentyfikowania z uwagi na posadowiony na nim nadajnik RTV.

 

Widok na Skrzyczne ze Szczyrku

 

Widok na Skrzyczne

 

Z drogi na Skrzyczne

 

Beskid ze Skrzyczne

 

W trakcie wędrówki na Klimczoka odpocząć można w jednym z  najpiękniejszych  schronisk w Polsce – w Chacie Wuja Toma.

 

Chata Wuja Toma

 

figura-sw-jakuba-klimczok-thelksinoe

 

Flora Beskidu Śląskiego

 

W drodze do Samotni

Samotnia nad Małym Stawem

 

Kochamy góry. Ich budzący szacunek majestat zmusza do zadumy i refleksji, a zapierające dech w piersiach widoki są tym, co daje nam siłę, radość i wytchnienie.

Dlatego też, gdy tylko znajdziemy choć chwilę wolnego czasu, wybieramy się na górskie szlaki np. w Karkonosze.

W Karkonoszach pełno jest magicznych miejsc i zakątków, które pozwalają nam poczuć moc natury. Jednym z nich jest Kocioł Małego Stawu, nad którym to stawem stoi jedno z najstarszych schronisk w Polsce – Samotnia.

Samotnia to nie jest zwykłe schronisko, to wyjątkowe miejsce, gdzie czuje się ducha gór…

 

Samotnia na Małym Stawem

 

Żeby dotrzeć do Samotni, trzeba zboczyć ze szlaku prowadzącego od świątyni Wang na Śnieżkę. Droga do schroniska nie jest trudna, bez obaw możemy zabrać ze sobą swoje pociechy.

 

Świątynia Wang

 

Droga do Samotni

 

W drodze do Samotni

 

Schronisko jest położone 1195 m n.p.m.  Jego okolice, jak i samo wnętrze, zachwyci wszystkich, którzy kochają góry.

 

Samotnia

 

Kocioł Małego Stawu
Kocioł Małego Stawu
Mały Staw

Noc Kupały

  Noc Kupały

 

Przesilenie letnie to chwila niezwykła. Wiedzieli o tym już Słowianie, którzy świętowali najdłuższy dzień w roku (i najkrótszą noc), co przypada na 21-22 czerwca, niezwykle hucznie i radośnie.

Podczas tej magicznej nocy rozpalali ogniska i rozpoczynali zabawę: tańce, śpiew, wróżby, puszczanie przez dziewczyny wianków do wody. Noc Kupały to bowiem święto ognia i wody, radości i miłości, również tej fizycznej.

 

Noc Kupały

 

Zabawa w świetle ognisk sprzyjała igraszkom. Niektórzy sądzą, że powiedzenie, iż to bociany przynoszą dzieci, wiąże się właśnie z Sobótką. Dziewięć miesięcy po tej nocy, gdy do kraju wracały bociany, rodziło się przecież najwięcej dzieci.

Noc Kupały niektórzy utożsamiają z Nocą Świętojańską, obchodzoną właśnie teraz, tj. z nocy z 23 na 24 czerwca. Nie jest to do końca prawidłowe. Wigilia św. Jana to po prostu próba schrystianizowania pogańskiego święta przesilenia letniego, która w słowiańskiej tradycji zapożyczyła wiele zwyczajów z kupalnocki.

 

Noc Kupały

 

My zaczęliśmy świętować moment zwycięstwa światła nad ciemnością już w sobotę. Jeśli Wy jeszcze tego nie zrobiliście, to najwyższa pora. Noc Świętojańska jeszcze trwa. Może znajdziecie kwiat paproci…

 

Noc Kupały