Kategoria: Między słowami

Czar Chanel – Paul Morand

Czar Chanel

 

Rozmawiam z panem dziś wieczór nie przed szczytem Puy-de-Dôme w moich rodzinnych stronach, tylko w Sankt Moritz, naprzeciw Berniny. Zaczynam opowiadać panu moje dawne życie nie w ciemnym domu, w którym pewnego dnia przyjęto bez czułości i bez ciepła, dumną i zamkniętą w sobie dziewczynkę, tylko w rozświetlonym hotelu, gdzie bogacze się bawią i zażywają aktywnego wypoczynku. Niemniej jednak, czy to dzisiaj w Szwajcarii, czy dawno temu w Owernii, jedyne, co mnie spotkało i spotyka to samotność.

 

Tymi słowami Coco Chanel rozpoczęła osobistą opowieść o sobie i swoim życiu. Adresatem tej opowieści był Paul Morand, który zafascynowany osobowością  Coco Chanel przelewa wszystkie opowiedziane przez nią historie na papier. Napisana przez niego książka Czar Chanel ma premierę w 1976 r. i natychmiast zachwyca krytyków. W 1996 r. Karl Lagerfeld (dyrektor artystyczny domu mody Chanel) zafascynowany tak osobistą opowieścią Chanel tworzy ilustracje, dzięki którym powstaje nowa, wyjątkowa edycja Czaru Chanel.

Paul Morand stwierdził, że Coco Chanel była jak Nemezis – grecka bogini zemsty, sprawiedliwości i przeznaczenia. Ona sama uważała natomiast, że jest żeńską wersją króla Midasa (władcy Frygii, bohatera wielu mitów greckich, gdzie przypisywano mu wyjątkową głupotę). Była zdania, że nie posiada zmysłu do interesu i że nie jest bezinteresowna. Cokolwiek by jednak nie sądzić,  jedno jest pewne – była geniuszem, a jej twórczość przyniosła zagładę stylowi dziewiętnastego wieku.  Mówiła “oddałam ciału kobiet należną wolność, to ciało pociło się w galowych strojach, pod koronkami, gorsetami, bielizną, watowaniem”. Nowemu stuleciu zaoferowała prostotę, wygodę i schludność. Skróciła suknie, uhonorowała dżersej, krepy i muśliny zastąpiła wełną. Uważała, że kolor czarny i biały jest pięknem absolutnym.

Czar Chanel nie jest jednak tylko historią o tworzeniu nowego stylu w modzie. To przede wszystkim opowieść o kobiecie. Jej wielkości, pasji, ogromnej pracy i determinacji w dążeniu do celu. Kobiecie dumnej, a zarazem intrygującej, dla której najwyższe dobro to wolność i niezależność. Kobiecie, która uważała, że była tym, kim chciała być.

Czar Chanel to opowieść o rewolucjonistce również w sposobie myślenia i mówienia. O osobie odważnej i niebanalnej, która umiała odróżnić urodę i wdzięczenie się od piękna; która doskonale zdawała sobie sprawę, że uroda przemija, a to co pozostaje to piękno. I to ono jest tak naprawdę ważne.

To pozycja obowiązkowa dla miłośników legendarnej projektantki.

 

Coco Chanel

 

Studnia Wstąpienia Bohater wieków – Brandon Sanderson

Studnia Wstąpienia Bohater Wieków

 

Pamiętacie Vin i jej przyjaciół z powieści Brandonda Sandersona Z mgły zrodzony?

Kelsier, Vin i ich przyjaciele, główni bohaterowie powieści Brandonda Sandersona Z mgły zrodzony, całe zło Ostatniego Imperium utożsamili z Ostatnim Imperatorem. Dlatego ich plan wydawał się idealny. Wystarczy wyeliminować zło (czyt. Imperatora), a świat będzie lepszy. Niestety, mylili się…

Imperator zginął, skaa odzyskali wolność, ale szczęście nie zawitało do świata allomantów. Przeciwnie, wydaje się, że sukces buntowników otworzył puszkę Pandory. Ostatnie Imperium wyniszczają głód,  zabójcze mgły i walki o sukcesję po Imperatorze… Wydaje się, że koniec świata jest bliski. Vin z przyjaciółmi po raz kolejny musi stawić czoła potężnym przeciwnikom… Czy uda im się zapewnić szczęście, ład i pokój dowiecie się z lektury…

Studnia Wstąpienia i Bohater wieków to kolejne dwa tomy trylogii Ostatnie Imperium, opisujące dzieje Vin i jej towarzyszy w świecie po obaleniu Ostatniego Imperatora. Tomy, które czyta się z nieskrywaną przyjemnością. Autor ze swadą prowadzi nas od przygody do przygody, strona za stroną coraz bardziej nas zaskakując i zapewniając rozrywkę na długie godziny. To znakomite zwieńczenie historii Zrodzonej z mgły stanowi must read każdego miłośnika literatury, nie tylko fantasy.

 

Człowiek jest tym, co go pasjonuje. Odkryłem, że jeśli ktoś rezygnuje z tego, czego pragnie w imię tego, czego swoim zdaniem powinien pragnąć bardziej, koniec jest żałosny.

 

Goryle we mgle przy Gorilla Milk

Goryle we mgle

 

W dniu 23 września 1988 r. na ekrany kin wszedł przejmujący amerykański dramat biograficzny w reżyserii Michaela Apteda – Goryle we mgle ( Gorillas in the Mist: The Story of Dian Fossey).

Kanwę tego filmu stanowił artykuł Harolda Hayesa w magazynie Life i pamiętniki prymatolożki Dian Fossey, która poświęciła życie zajmując się i chroniąc goryle górskie w Kongo i w Rwandzie; przyczyniając się do zmniejszenia kłusownictwa na tym terenie, Niestety jej bezpardonowa walka o goryle przysporzyła jej wielu potężnych wrogów. W 1985 r. Dian Fossey została znaleziona martwa w swoim górskim domu w prowincji Ruhengeri; została zabita maczetą, prawdopodobnie na zlecenie ówczesnego gubernatora prowincji Ruhengeri, Protaisa Zigiranyirazo, znanego później z utworzenia szwadronów śmierci, które doprowadziły do zagłady ok. 800 tys. mieszkańców Rwandy.

 

Goryle we mgle

 

Główną rolę w filmie zagrała Sigourney Weaver, która otrzymała za nią Złoty Glob i nominację do Oscara. Takie same nagrody przypadły kompozytorowi muzyki do tego obrazu – Maurice’owi Jarre’owi. Ponadto, film otrzymał trzy nominacje do Oscara w kategorii: najlepszy scenariusz adaptowany, najlepszy montaż, najlepsza muzyka filmowa i dźwięk.

 

Goryle we mgle

 

Film został zrealizowany w ufundowanym przez Dian Fossey Karisoke Research Center na terenie Parku Narodowego Wulkanów w Ruandzie, gdzie pracowała i obserwowała goryle. Każdego dnia ekipa filmowa opuszczała swoją bazę i wspinała się na wygasły wulkan, żeby kręcić film.

Przy realizacji filmy Sigourney Weaver nosiła słuchawkę, przez którą udzielano jej rad, gdy zbliżała się do goryli.

Goryle przyzwyczajone do Dian Fossey szybko przyzwyczaiły się też do Sigourney Weaver, która nauczyła się gestów i pomruków prymatolożki, żeby się z nimi porozumiewać.

W ujęciach przedstawiających ranne i umierające zwierzęta, goryle zastąpili przebrani aktorzy. Ich kostiumy wykonał Rick Baker, znany z pracy przy filmie “Amerykański wilkołak w Londynie” i klipie Michaela Jacksona “Thriller”.

 

Goryle we mgle

 

Film najlepiej oglądać przy drinku Gorilla Milk.

Gorilla Milk

Składniki:

  • 30 ml białego rumu
  • 30 ml śmietanki do kawy
  • 15 ml likieru kawowego
  • 15 ml Irish Cream
  • 15 ml Creme de Banane (likier bananowy)

Przygotowanie:

Składniki mieszamy energicznie w szejkerze z lodem i przelewamy do wypełnionej lodem szklanki do parfait albo typu hurricane. Dekorujemy plasterkiem banana.

 

Gorilla Milk

 

Rzymskie wakacje – Roman Holiday

Rzymskie wakacje

 

27 sierpnia to szczególny dzień dla miłośników kina i … dwóch kółek. W tym właśnie dniu w 1953 r. premierę miała kultowa komedia w reżyserii Williama Wylera, która przyniosła światową sławę nie tylko odtwórczyni głównej roli Audrey Hepburn, ale również skuterowi Vespa.

 

roman-holiday-rzymskie-wakacje-gregory-peck-audrey-hepburn-cocktail-drink-thelksinoe

 

Rzymskie wakacje, bo o tym filmie mowa, to jeden z naszych ulubionych filmów. Opowiada on o księżniczce Annie (Audrey Hepburn), która w trakcie dyplomatycznej podróży odwiedza Rzym. Tam, zmęczona polityką i dworską etykietą, ucieka od obowiązków, by incognito zwiedzić Wieczne Miasto i zakosztować życia zwykłych ludzi. Towarzyszy jej przypadkowo poznany dziennikarz Joe Bradley (w tej roli Gregory Peck).

Film ten zaklasyfikowano jako komedia romantyczna, ale daleko mu do innych filmów tego gatunku. Owszem, jest to film zabawny, lekki i przyjemny, uczucie też się pojawia, ale mądrość filmu i dojrzałość przedstawionych sądów powoduje, że bliżej mu do filmu obyczajowego niż /ciężko go umieścić na jednej półce z takimi filmami jak Pół żartem, pół serio czy Notting Hill.

 

roman-holiday-rzymskie-wakacje-movie-drink-cocktail-thelksinoe

 

Film zachwyca nie tylko inteligentnym scenariuszem, błyskotliwymi dialogami, ale przede wszystkim wspaniałą grą aktorską. Choć była to pierwsza rola Audrey Hepburn w filmie kinowym, Gregory Peck był pod tak wielkim wrażeniem jej talentu, że nalegał, żeby jej imię i nazwisko ukazało się przed tytułem filmu, ponieważ – przewidywał – otrzyma ona za swoją rolę Oscara. Jak się okazało, nie mylił się. Co ciekawe obsadzenie w głównej roli nieznanej wówczas Audrey Hepburn zostało wymuszone jedynie przez ograniczony budżet. On też spowodował, że filmu nie nakręcono w kolorze.

Film otrzymał również Oscara za kostiumy i najlepszy scenariusz. Autorem scenariusza był Dalton Trumbo, ale – ponieważ znajdował się on na czarnej liście Hollywood – jako scenarzystę w czołówce wskazano Iana McLellana Huntera, który odebrał nagrodę.

I jeszcze ciekawostka: Scena przy Ustach Prawdy była podobno spontaniczna, a reakcja Audrey na żart Gregory’ego Pecka całkowicie prawdziwa.

Księżniczka Anna: Czy to jest winda?

Joe Bradley: To mój pokój.

 

Rzymskie wakacje G Rocca

 

Rzymskie wakacje, a właściwie scena w kawiarence U Rocca, gdzie Ann zamówiła szampana, a Joe kawę parzoną na zimno, zainspirowały nas do stworzenia słodko-wytrawnego drinka. Koktajl ten nazwaliśmy oczywiście Rzymskimi wakacjami.

Rzymskie wakacje (Roman Holiday)

 

Składniki:

  • 30 ml Campari
  • 30 ml kawowo-pomarańczowo-rozmarynowego syropu cukrowego
  • 120 ml Prosecco
  • dekoracja – skórka pomarańczy i gałązka rozmarynu

Przygotowanie:

Kawowo-pomarańczowo-rozmarynowy syrop cukrowy.

Do garnuszka wlewamy 1/4 szklanki mocnej kawy, 1/4 szklanki soku pomarańczowego oraz wsypujemy pół szklanki cukru i dodajemy dwie gałązki  rozmarynu (długość każdego ok. 2-3 cm). Zagotowujemy. Gotujemy do  całkowitego rozpuszczenia cukru i jeszcze dodatkowo dwie minuty. Odstawiamy z ognia i wychładzamy.

Koktajl:

W szejkerze z lodem mieszamy Campari i syrop cukrowy. Przelewamy do szklanki typu collins, wypełnionej lodem. Dolewamy Prosecco i lekko mieszamy. Dekorujemy skórką pomarańczy i gałązką rozmarynu.

 

Rzymskie wakacje (Roman Holiday Cocktail)

 

Zanim się pojawiłeś – Jojo Moyes

Jojo Moyes Zanim się pojawiłeś

 

Lou Clark jest młoda i ładna. Ma dwadzieścia sześć lat, świat stoi przed nią otworem, ale wiedzie nudne zwyczajne życie (chyba że za emocjonujące uznamy liczenie kroków od przystanku autobusowego do domu). Nie ma żadnych ambicji i aspiracji. Woli stagnację i rutynę od zdobywania doświadczeń i poszerzania horyzontów, bo tak jest spokojniej i bezpieczniej. Jej przeciwieństwem jest  Will Traynor, bogaty trzydziestopięcioletni miłośnik sportów ekstremalnych, muzyki klasycznej, starych win i młodych kobiet, który – choć chciałby żyć pełnią życia – wskutek nieszczęśliwego wypadku zostaje przykuty do wózka inwalidzkiego. Dwoje młodych ludzi, dwa przeciwieństwa, których ścieżki splata ze sobą los …

Brzmi to jak początek banalnego wyciskacza łez, jak współczesna wersja Kopciuszka, prawda? Ale, choć powieść Zanim się pojawiłeś Jojo Moyes jest reklamowana jako historia miłosna (sama autorka tak ją określa), historia ta nie jest kolejnym harlequinem. To nie jest książka o miłości, choć głównym motorem akcji są relacje Lou Clark i Willa Traynora. Przeciwnie, to sprawnie napisana prostym, naturalnym językiem powieść obyczajowa o życiu, jego kształcie i naszych możliwościach jego kształtowania. Powieść, która uczy, że należy żyć odważnie, która uczy, że – o tym, jak chcemy żyć, jak ma wyglądać nasza codzienność, nie powinni decydować inni. Choć nie jesteśmy samotną wyspą, choć nie żyjemy w społecznej próżni i na nasz los wpływają również inni ludzie (oraz okoliczności, przedmioty, zasady i konwenanse), ostateczna decyzja w tej kwestii zawsze powinna należeć do nas.

Przeczytajcie koniecznie!

Nie mówię, że masz skakać na bungee z wieżowców czy pływać z wielorybami (chociaż cichcem bym się z tego cieszył), ale żebyś żyła odważnie. Zmuszaj się do przekraczania własnych granic. Nie spoczywaj na laurach. (…) Po prostu żyj dobrze. Po prostu żyj.

 

Nie tylko młodość…

Wysokie Obcasy i Pani

 

O kulcie młodości, botoksie i operacjach plastycznych pewnie można dużo napisać. Zmarszczki, brak idealnie wyrzeźbionego ciała wydają się bardzo nieatrakcyjne, szczególnie kiedy kolorowe magazyny wypełnione są pięknymi, młodymi modelkami i reklamami kremów czy zabiegów mających zapewnić taki właśnie wygląd. To nie jest tak, że jestem przeciwna pięknym, młodym modelkom na okładkach gazet, ale czy tego chcemy czy nie – upływ czasu jest nieodłączną częścią naszego życia i nawet jeśli niesie za sobą niedoskonałość ciała, ma też swoje uroki, choćby w postaci życiowej mądrości i doświadczenia.

Dlatego cieszę się, że moje dwa ulubione czasopisma („Pani” i „Wysokie Obcasy Extra”) coraz częściej pokazują kobiety piękne, ale przy tym prawdziwe. Kobiety, które pomimo widocznych kilku zmarszczek, mogą być dla nas inspiracją.

 

Święto trąbek – Marta Masada

święto-trąbek-marta-masada-recenzja-szkice-nad-literaturą-thelksinoe

 

Wydaje się, że Zula ma wszystko, co potrzebne jest do tego, aby być szczęśliwą: jest młoda, piękna, dobrze wykształcona, ma pracę zapewniającą jej finansową stabilizację,

a jednak…

W życiu Zuli mrok osiąga maksimum. Jest zawieszona w przestrzeni, w której obrazy wojny i Auschwitz (zaszczepione przez wychowującego ją dziadka) ścierają się z upadlającym, a zarazem uzależniający ją seksem, z poczuciem winy i lękiem.

Marta Masada ma niewątpliwie talent. Łatwość, z jaką kreuje sylwetkę swojej bohaterki, budzi podziw. Wystarczy kilka zdań, krótki, acz dosadny monolog wewnętrzny, a już czuje się to, co czuje Zofia (Zula) Pogorzelska. Autorka wykreowała bohaterkę charakterystyczną, dostrzegającą pustkę i szarość polskiej rzeczywistości i mentalności, naznaczoną poczuciem winy i … nielogiczną obsesją na punkcie Żydów, superbohaterów Shoah. Zula, wychowana przez ocalałego z Auschwitz dziadka, stuprocentowa Polka, gojka, chce zostać żoną Żyda i rodzić żydowskie dzieci.

Całym jej życiem rządzi to obsesyjne pragnienie miłości, spaczone przez wydumane poczucie winy za Holocaust i wyobrażenie Żydów – pięknych i mądrych superbohaterów. Wyobrażenie urojone. Jej kolejnym wybrankom, oczywiście żydowskiego pochodzenia,  daleko do tych wyśnionych ideałów z opowieści dziadka. Pierwszy (reżyser Roman Wrzeszcz) to żonaty samiec alfa, który spotyka się z Zulą tylko dla wyuzdanego i poniżającego seksu. Drugi to jego stuprocentowe przeciwieństwo – niedojrzały artysta (Rafael Hirsch), który mimo trzydziestu lat na karku kurczowo trzyma się maminej spódnicy. Trzeci, ehh… szkoda słów. Przy tym, wszystkich jej wybranków, mimo że znajdują się na przeciwległych wierzchołkach trójkąta łączy jedno – ogromna miłość własna, w której nie ma miejsca dla naszej bohaterki.

Niemniej, Zula lgnie do Żydów, próbując – na swój sposób – zadośćuczynić ciążącej jej winie. A jej starania, jej wysiłki, składają się na historię o polskiej szarości i braku radości w życiu, na historię o Polakach i Żydach, sąsiadach z tego samego miasteczka, o wzajemnej licytacji, która to z nacji (Polacy czy Żydzi) więcej wycierpiała w trakcie II wojny światowej i o wzajemnej niechęci (antysemityzmie i antypolonizmie).

Święto trąbek, choć to powieść o poszukiwaniu miłości, nie jest romantyczną hollywoodzką historią znaną z twórczości Nicholasa Sparksa. To powieść, która nie pozwala na obojętność, irytuje (głównie kreacją głównej bohaterki) i bulwersuje (przede wszystkim pornograficznymi momentami), ale również zmusza do myślenia, do refleksji nad przyczynami takiej a nie innej naszej rzeczywistości i mentalności. Autorka – parafrazując jednego z bohaterów Święta trąbeknie jest „malarzem pejzażowym”. Chce się wyrazić, a nie upiększać. Woli niepokoić niż wszystkim się podobać. Jej powieści nie opatrzysz znakiem „satysfakcja gwarantowana”, ale spędzonego z nią czasu nie uznasz za stracony.

Sztuka, która nie oburza i nie prowokuje, nie jest sztuką. Jest wtedy tylko przyjemnym ornamentem. (…) Ona musi odrzucać i wywoływać dyskomfort. Wtedy dotyka prawdy.

 

Słomiany wdowiec z whiskey sour

Słomiany wdowiec

 

W dawnych czasach, jeszcze przed okresem Dzikiego Zachodu, zamieszkujący Manhattan Indianie każdego roku w lipcu, wysyłali swoje żony i dzieci w górę rzeki na chłodniejsze tereny wyżynne, a sami… pozostawali w domu, żeby polować. Polować przede wszystkim na niezamężną squaw. Upływ czasu podobno nie zmienił tego zwyczaju.

Tak przynajmniej wynika ze Słomianego wdowca (The Seven Year Itch), amerykańskiej komedii w reżyserii Billy’ego Wildera.

Słomiany wdowiec to perypetie Richarda Shermana (Tom Ewell), którego żona Helen, po 7 latach małżeństwa, po raz pierwszy wyjeżdża sama na wakacje. Richard – wbrew opisanej wyżej tradycji – zamierza dochować jej wierności. Niestety, nie zdaje sobie sprawy, że nie jest to takie proste. Zwłaszcza, że jego sąsiadką zostaje zniewalająca blondynka (Marilyn Monroe). Ponadto, odkrywa u siebie niepokojące objawy siedmiorocznego świądu (czyli pojawiającej się w siódmym roku każdego związku skłonności do niewierności małżeńskiej).

 

 Słomiany wdowiec

 

Słomiany wdowiec

 

Słomiany wdowiec to inteligentny, zabawny film, z bardzo dobrą grą aktorską i dowcipnym scenariuszem. Film, z którego dowiemy się z czym najlepiej smakuje szampan oraz czy na kobiety działa bardziej II koncert fortepianowy Rachmaninova czy Chopsticks. Film, który koniecznie trzeba zobaczyć. Najlepiej w towarzystwie żony (chyba że ją wysłaliśmy na wakacje) i drinka Whiskey Sour, który pija słomiany wdowiec, jak wynika z jego wypowiedzi, nie tylko wieczorem.

Doskonale potrafię przygotować sobie śniadanie. Właściwie, zjadłem dwie kanapki z masłem orzechowym i dwa whiskey sour.

 

Słomiany wdowiec

 

Whiskey Sour

Składniki:

  • 50 ml burbon whiskey
  • 15 ml (1 łyżka stołowa) syropu cukrowego (2:1)
  • 25 ml soku z cytryny
  • opcjonalnie:1 łyżka białka z jajka kurzego  (wreszcie!)
  • dekoracja: wisienka koktajlowa i plasterek cytryny lub pomarańczy

 

Przygotowanie:

Jeśli dodajemy białko, najpierw w szejkerze wstrząsamy energicznie wszystkie składniki – bez lodu (tzw. dry-shaking), żeby spienić białko i połączyć je z pozostałymi składnikami. Następnie dodajemy lód i wstrząsamy ponownie. Przelewamy do wypełnionej lodem szklanki typu old-fashioned (whiskówki). Dekorujemy wisienką koktajlową i opcjonalnie plasterkiem cytryny lub pomarańczy.

 

Whiskey Sour

 

Jak przestałem kochać design Marcin Wicha

Jak przestałem kochać design

 

Design jest wszędzie. Z wyjątkiem szpitali publicznych i nieergonomicznych szkolnych ławek, otacza nas niemal z każdej strony. Designerskie są meble, lampy i dywany. Designerski jest sprzęt AGD, poczynając od kultowej wyciskarki P. Starcka po szczoteczkę do zębów (również Starcka). Designerskie są ubrania i budynki. Pojęciem design określamy wiele różnych przedmiotów, których łączy obecnie jedno. Wysoka cena, bo jak zauważa Marcin Wicha, autor Jak przestałem kochać design:

 

Design ma jedno zadanie: uzasadniać cenę.

 

Jak przestałem kochać design Marcina Wichy to książka o urnach i o tym, dlaczego według branży pogrzebowej Polskę zamieszkują dwa rodzaje ludzi – chrześcijanie i przedstawiciele sekty florystów, o drewniakach i klockach Lego, o ojcu autora (który nie wpuszczał brzydoty za próg) i polskiej szkole plakatu.

Jak przestałem kochać design jest to zbiór krótkich felietonów, przemyśleń autora na temat projektowania, wzornictwa (czyli designu) i przedmiotów. Spostrzeżeń, w których za zabawnymi anegdotami i ironicznymi uwagami o projektantach, artystach i przedmiotach kryje się gorzka prawda o nas samych. I to jest właśnie główny temat opowiastek Marcina Wichy. Nie przedmiot, nie design, ale nasza polska mentalność i nasz stosunek do tych pojęć oraz kryjących się za nimi desygnatami w okresie szarego PRL-u i pastelowej III RP. Wszystko to przy tym zostało skreślone lekkim piórem. Bez patosu, bez moralizowania, za to z dystansem, dowcipem i lekkim sarkazmem. Polecamy!

 

Małe życie – Hanya Yanagihara

Małe życie Hanya Ynagagihara

 

Wierzymy (lub przynajmniej chcemy wierzyć), że życie jest sprawiedliwe, że los za zło odpłaca karą, że wynagradza dobro, a krzywdę naprawia. Chcemy wierzyć, że życie może być bajką. Że biedny pastuszek, młynarczyk czy szewczyk za swą odwagę i spryt otrzyma pół królestwa i rękę księżniczki. Że pocałunek prawdziwej miłości potrafi odczynić klątwy i wybudzić z wiecznego snu… Tymczasem… Tymczasem w życiu jedni mogą zrealizować, wszystko co zamarzą, bo los im zawsze sprzyja. Innym od początku (tj. od narodzin) los rzuca kłody pod nogi – rodzą się z wadami genetycznymi, żyją w biedzie i umierają w samotności. Biedni, zamiast otrzymać pół królestwa, umierają z głodu lub w chorobie. Dobroć nie chroni przed przestępczością, chorobą lub biedą. Dzieci padają ofiarami pedofilii, a zamiast naprawy krzywd czeka je choroba, śmierć lub zniszczona psychika… A pocałunek prawdziwej miłości nie ma aż takiej cudownej mocy…

Powieść Małe życie Hanyi Yanagihary to wstrząsająca opowieść o niewyobrażalnej krzywdzie i równie wielkiej przyjaźni, której akcja toczy się w Nowym Jorku (czyli właśnie w mieście przyjaźni, tu przecież mieszkają także bohaterowie sitcomów o przyjaźni Przyjaciele i Jak poznałem waszą matkę). Z tym, że w odróżnieniu od wskazanych seriali ta historia nie bawi, nie wywołuje salw śmiechu. Przeciwnie, brutalnie wyciska łzy i zmusza do refleksji. Małe życie to taka bajka nie-bajka. Z jednej strony – pokazuje, że los wynagradza jej bohaterów (czwórkę przyjaciół) za ich dobroć. Każdy z nich osiąga niesamowity sukces w wybranym zawodzie. JB staje się wielkim malarzem, Malcolm wybitnym architektem, Willem aktorem o światowej sławie, a Jude znakomitym adwokatem. Zło spotyka kara (gwałciciel Caleb długo nie cieszy się życiem), a krzywdzony od dziecka Jude (główny bohater powieści), sierota i wychowanek domu dziecka, poznaje smak przyjaźni i miłości (również rodzicielskiej). I to miłości i przyjaźni bezwarunkowej, szczerej, prawdziwej i potężnej, ale niestety nie wszechpotężnej. Bo – z drugiej strony – choć czasami los wynagradza dobroć, karze zło, to jednak nagroda nie jest pełna, kara nie jest adekwatna do przewinienia, a szczęście nie jest wieczne.

Małe życie zostało okrzyknięte najgłośniejszą amerykańską powieścią 2015 r. Nie mam wątpliwości, że tak jest. Ta książka krzyczy – o tym, że człowiek człowiekowi może być nie tylko wilkiem, ale i przyjacielem. Że przyjaźń może uczynić znośnym nawet życie pełne cierpienia i udręk. Może nie przerwie pasma krzywd, ale pozwoli przez nie przejść i da chęć do dalszego życia…

Małe życie to lektura obowiązkowa… Przeczytajcie koniecznie!