Miesiąc: Lipiec 2016

Słomiany wdowiec z whiskey sour

Słomiany wdowiec

 

W dawnych czasach, jeszcze przed okresem Dzikiego Zachodu, zamieszkujący Manhattan Indianie każdego roku w lipcu, wysyłali swoje żony i dzieci w górę rzeki na chłodniejsze tereny wyżynne, a sami… pozostawali w domu, żeby polować. Polować przede wszystkim na niezamężną squaw. Upływ czasu podobno nie zmienił tego zwyczaju.

Tak przynajmniej wynika ze Słomianego wdowca (The Seven Year Itch), amerykańskiej komedii w reżyserii Billy’ego Wildera.

Słomiany wdowiec to perypetie Richarda Shermana (Tom Ewell), którego żona Helen, po 7 latach małżeństwa, po raz pierwszy wyjeżdża sama na wakacje. Richard – wbrew opisanej wyżej tradycji – zamierza dochować jej wierności. Niestety, nie zdaje sobie sprawy, że nie jest to takie proste. Zwłaszcza, że jego sąsiadką zostaje zniewalająca blondynka (Marilyn Monroe). Ponadto, odkrywa u siebie niepokojące objawy siedmiorocznego świądu (czyli pojawiającej się w siódmym roku każdego związku skłonności do niewierności małżeńskiej).

 

 Słomiany wdowiec

 

Słomiany wdowiec

 

Słomiany wdowiec to inteligentny, zabawny film, z bardzo dobrą grą aktorską i dowcipnym scenariuszem. Film, z którego dowiemy się z czym najlepiej smakuje szampan oraz czy na kobiety działa bardziej II koncert fortepianowy Rachmaninova czy Chopsticks. Film, który koniecznie trzeba zobaczyć. Najlepiej w towarzystwie żony (chyba że ją wysłaliśmy na wakacje) i drinka Whiskey Sour, który pija słomiany wdowiec, jak wynika z jego wypowiedzi, nie tylko wieczorem.

Doskonale potrafię przygotować sobie śniadanie. Właściwie, zjadłem dwie kanapki z masłem orzechowym i dwa whiskey sour.

 

Słomiany wdowiec

 

Whiskey Sour

Składniki:

  • 50 ml burbon whiskey
  • 15 ml (1 łyżka stołowa) syropu cukrowego (2:1)
  • 25 ml soku z cytryny
  • opcjonalnie:1 łyżka białka z jajka kurzego  (wreszcie!)
  • dekoracja: wisienka koktajlowa i plasterek cytryny lub pomarańczy

 

Przygotowanie:

Jeśli dodajemy białko, najpierw w szejkerze wstrząsamy energicznie wszystkie składniki – bez lodu (tzw. dry-shaking), żeby spienić białko i połączyć je z pozostałymi składnikami. Następnie dodajemy lód i wstrząsamy ponownie. Przelewamy do wypełnionej lodem szklanki typu old-fashioned (whiskówki). Dekorujemy wisienką koktajlową i opcjonalnie plasterkiem cytryny lub pomarańczy.

 

Whiskey Sour

 

Haiga – “Na plaży”

na-plaży-w-garstce-dziecka-ściana-zamku-haiku-thelksinoe

 

Na blogu piszemy o tym co piękne i inspirujące, o tym co nas wzrusza i co nas bawi. Czasami tym czymś jest miejsce, książka, film, smaczne danie czy stylizacja, czasami jest to tylko chwila, błysk olśnienia, zauroczenie… Japończycy to olśnienie wyrażają za pomocą poezji – haiku lub haiga. Haiga to taki japoński mem, połączenie haiku z grafiką. Też tak spróbujemy…

 

Haiga

 

Jak przestałem kochać design Marcin Wicha

Jak przestałem kochać design

 

Design jest wszędzie. Z wyjątkiem szpitali publicznych i nieergonomicznych szkolnych ławek, otacza nas niemal z każdej strony. Designerskie są meble, lampy i dywany. Designerski jest sprzęt AGD, poczynając od kultowej wyciskarki P. Starcka po szczoteczkę do zębów (również Starcka). Designerskie są ubrania i budynki. Pojęciem design określamy wiele różnych przedmiotów, których łączy obecnie jedno. Wysoka cena, bo jak zauważa Marcin Wicha, autor Jak przestałem kochać design:

 

Design ma jedno zadanie: uzasadniać cenę.

 

Jak przestałem kochać design Marcina Wichy to książka o urnach i o tym, dlaczego według branży pogrzebowej Polskę zamieszkują dwa rodzaje ludzi – chrześcijanie i przedstawiciele sekty florystów, o drewniakach i klockach Lego, o ojcu autora (który nie wpuszczał brzydoty za próg) i polskiej szkole plakatu.

Jak przestałem kochać design jest to zbiór krótkich felietonów, przemyśleń autora na temat projektowania, wzornictwa (czyli designu) i przedmiotów. Spostrzeżeń, w których za zabawnymi anegdotami i ironicznymi uwagami o projektantach, artystach i przedmiotach kryje się gorzka prawda o nas samych. I to jest właśnie główny temat opowiastek Marcina Wichy. Nie przedmiot, nie design, ale nasza polska mentalność i nasz stosunek do tych pojęć oraz kryjących się za nimi desygnatami w okresie szarego PRL-u i pastelowej III RP. Wszystko to przy tym zostało skreślone lekkim piórem. Bez patosu, bez moralizowania, za to z dystansem, dowcipem i lekkim sarkazmem. Polecamy!

 

Grillowany bakłażan z parmezanem, fetą i marakują

Grillowany bakłażan z fetą, parmezanem i marakują

 

Jutro będziemy mieć nowych Mistrzów Europy w Piłce Nożnej.
Jeśli zamiast “strefy kibica” z telebimem, wybierzecie własny telewizor i grillowanie z przyjaciółmi w przerwie meczu, to polecamy grillowanego bakłażana z parmezanem, fetą i marakują.

 

Składniki:

  • bakłażan
  • 2-3 marakuje
  • feta
  • sól, zioła prowansalskie, płatki suszonego czosnku do smaku
  • płatki parmezanu

 

Grillowany bakłażan z fetą, parmezanem i marakują

 

Przygotowanie:

Bakłażana myjemy, osuszamy i kroimy na plastry o grubości ok. 1 cm. Posypujemy go solą i odstawiamy na kilka minut, żeby wydzielił gorzki sok, który usuwamy, osuszając papierowym ręcznikiem (ten etap możemy pominąć, jeżeli mamy gatunek bakłażana pozbawiony goryczki).

Tak przygotowane plastry bakłażana osypujemy solą, ziołami prowansalskimi, płatkami suszonego czosnku oraz parmezanem. Grillujemy z dwóch stron. Dekorujemy serem feta i miąższem z marakui (można pozbyć się pestek, przeciskając miąższ przez sito).

 

Grillowany bakłażan z fetą, parmezanem i marakują

 

Małe życie – Hanya Yanagihara

Małe życie Hanya Ynagagihara

 

Wierzymy (lub przynajmniej chcemy wierzyć), że życie jest sprawiedliwe, że los za zło odpłaca karą, że wynagradza dobro, a krzywdę naprawia. Chcemy wierzyć, że życie może być bajką. Że biedny pastuszek, młynarczyk czy szewczyk za swą odwagę i spryt otrzyma pół królestwa i rękę księżniczki. Że pocałunek prawdziwej miłości potrafi odczynić klątwy i wybudzić z wiecznego snu… Tymczasem… Tymczasem w życiu jedni mogą zrealizować, wszystko co zamarzą, bo los im zawsze sprzyja. Innym od początku (tj. od narodzin) los rzuca kłody pod nogi – rodzą się z wadami genetycznymi, żyją w biedzie i umierają w samotności. Biedni, zamiast otrzymać pół królestwa, umierają z głodu lub w chorobie. Dobroć nie chroni przed przestępczością, chorobą lub biedą. Dzieci padają ofiarami pedofilii, a zamiast naprawy krzywd czeka je choroba, śmierć lub zniszczona psychika… A pocałunek prawdziwej miłości nie ma aż takiej cudownej mocy…

Powieść Małe życie Hanyi Yanagihary to wstrząsająca opowieść o niewyobrażalnej krzywdzie i równie wielkiej przyjaźni, której akcja toczy się w Nowym Jorku (czyli właśnie w mieście przyjaźni, tu przecież mieszkają także bohaterowie sitcomów o przyjaźni Przyjaciele i Jak poznałem waszą matkę). Z tym, że w odróżnieniu od wskazanych seriali ta historia nie bawi, nie wywołuje salw śmiechu. Przeciwnie, brutalnie wyciska łzy i zmusza do refleksji. Małe życie to taka bajka nie-bajka. Z jednej strony – pokazuje, że los wynagradza jej bohaterów (czwórkę przyjaciół) za ich dobroć. Każdy z nich osiąga niesamowity sukces w wybranym zawodzie. JB staje się wielkim malarzem, Malcolm wybitnym architektem, Willem aktorem o światowej sławie, a Jude znakomitym adwokatem. Zło spotyka kara (gwałciciel Caleb długo nie cieszy się życiem), a krzywdzony od dziecka Jude (główny bohater powieści), sierota i wychowanek domu dziecka, poznaje smak przyjaźni i miłości (również rodzicielskiej). I to miłości i przyjaźni bezwarunkowej, szczerej, prawdziwej i potężnej, ale niestety nie wszechpotężnej. Bo – z drugiej strony – choć czasami los wynagradza dobroć, karze zło, to jednak nagroda nie jest pełna, kara nie jest adekwatna do przewinienia, a szczęście nie jest wieczne.

Małe życie zostało okrzyknięte najgłośniejszą amerykańską powieścią 2015 r. Nie mam wątpliwości, że tak jest. Ta książka krzyczy – o tym, że człowiek człowiekowi może być nie tylko wilkiem, ale i przyjacielem. Że przyjaźń może uczynić znośnym nawet życie pełne cierpienia i udręk. Może nie przerwie pasma krzywd, ale pozwoli przez nie przejść i da chęć do dalszego życia…

Małe życie to lektura obowiązkowa… Przeczytajcie koniecznie!